Moja droga, czyli dlaczego robię to, co robię ;)
Poruszenia są miejscem, w którym poprzez dotyk i ruch możesz odkrywać mądrość swojego ciała, uczyć się podążać za swoim wewnętrznym głosem oraz praktykować czułość wobec siebie.

Zaczęło się trochę, jak w baśni…
Dawno, dawno temu…
… od magii marzenia i wyruszenia w podróż.
Miałam być gwiazdą filmową i zdobywczynią Oscara. Fascynowałam się Marilyn Monroe, pochłaniałam jej biografię i książki, które ona czytała. A że w życiu nie ma przypadków, w liceum, do którego chodziłam były wszystkie opasłe tomiska dzieł Konstantego Stanisławskiego (rosyjskiego reformatora teatru). To z nich czerpałam swoją wiedzę o emocjach. Odezwała się moja natura tropicielki i badaczki, lubiłam wgryzać się pod powierzchnię.
Dowiedziałam się, że nie możemy w pełni kontrolować naszych emocji, ale możemy na nie wpływać poprzez ciało, świadomy ruch, intencjonalne działanie. Stanisławski opisuje etiudę, podczas której aktorka z wielką czułością piastowała dzieciątko (w rzeczywistości kawałek drewna). Scena ogromnie poruszyła siedzących na widowni kolegów i koleżanki. Ale kiedy aktorka miała powtórzyć scenę, okazało się, że jej ruchy są mechaniczne, a poprzedni nastrój zupełnie prysł. Dawało się wyczuć ogromne napięcie i wysiłek włożone w przywołanie emocji, natchnienia. Okazuje się, że nie da się przywołać emocji siłą woli. Stanisławski zauważył związek między ciałem i emocjami. Aktorka miała odegrać etiudę po raz trzeci, koncentrując się teraz na działaniach fizycznych, ruchach i gestach, zamiast starać się odtworzyć wcześniejszy stan emocjonalny. Jej gra może nie była tak porywająca, jak za pierwszym razem, gdy była pod wpływem natchnienia, ale poruszyła widownię.
Bywa, że marzenie nie spełnia się według naszego planu, ale otwiera nieznane dotąd drzwi. Nie dostałam się na wydział aktorski. Zaowocowało to poszukiwaniami w obszarze teatru ruchu. Dzięki nim odkrywałam połączenia między ciałem i umysłem. Doświadczenia teatru fizycznego pokazały mi, że możemy być ze sobą w zupełnie inny sposób, komunikować się niewerbalnie, co otwiera inny poziom, głębszy, bardziej bezpośredni i intuicyjny.
Często zapominamy, że dotyk jest naszą pierwszą drogą komunikacji. To jak mama opiekuje się niemowlęciem, jak je dotyka, jak je trzyma, jak je nosi, jest dla niego informacją o nim samym. Czułość i troska niosą przekaz, że jest warte miłości.
Słyszeliście o Hellen Keller? Która w wyniku choroby straciła wzrok i słuch mając kilka miesięcy? Przez wiele lat rodzina w zasadzie nie miała z nią kontaktu, dziewczynka nie potrafiła się porozumieć ze swoimi bliskimi, co mogło się wiązać z odczuciem lęku, czy pustki. Aż pewnego dnia pojawiła się nauczycielka, która za pomocą dotyku – wyciskając jej na dłoni słowa i prowadząc jej rękę w kierunku rzeczy, które one oznaczają, nauczyła ją mówić. Hellen skończyła studia i publikowała też książki. Dla mnie to dowód na to, jak potężnym zmysłem jest dotyk, choć na co dzień większą uwagę przywiązujemy do wzroku i słuchu. Ta historia wywołuje u mnie ciarki, za każdym razem, gdy o niej opowiadam.
Zdarza Wam się, że po prostu wiecie z głębi brzucha, że coś jest dla Was, zanim to jeszcze dobrze poznacie? Ja tak miałam z kalarippajattu (sztuką walki pochodzącą z Kerali z południa Indii). I wiąże się z tym zabawna historia mojego egzaminu wstępnego na wydział aktorski. Pokazałam jedną z form, której nauczyłam się na warsztacie. Komisja rekrutacyjna zapytała mnie, jak długo ćwiczę. Z dumą i wielką pewnością siebie odpowiedziałam, że trenuję już od dwóch tygodni! Chyba nie muszę pisać, jakie wrażenie moja odpowiedź zrobiła na egzaminatorach… Jak się zapewne domyślacie, nie przyjęli mnie do szkoły, ale kilka miesięcy później poleciałam do Indii, by tam pogłębiać swoje umiejętności.
No, ale ja tu o Indiach i sztukach walki, a gdzie Hawaje i masaż lomi lomi nui? Często zastanawiałam się, czy nie skaczę z kwiatka na kwiatek. Przyjrzałam się bliżej, zajrzałam pod powierzchnię i zobaczyłam, że wiele wzorów się powtarza. I niesamowite jest to, że obie sztuki rozwijały się w zupełnie innych częściach świata, bez wzajemnego przenikania, a mimo to opierają się na tych samych fundamentach. Pokazuje to uniwersalność naszych potrzeb, mówi o tym, co wspólne niezależnie od tego w jaką formę to ubierzemy. I mam na myśli połączenie między ciałem, umysłem i duszą/duchem. Wyraźne zaznaczanie granic, symboliczne wyznaczanie przestrzeni. Pomaga mi to oddzielić to, co moje od tego z czym przychodzi do mnie osoba na masaż lub sesję ruchową. Pomaga mi trzymać przestrzeń dla tej osoby. Postrzegać ciało jako źródło wiedzy o sobie, widzieć je jako podmiot, który jest, działa i komunikuje. Te formy pracy z ciałem wpływają na mój sposób bycia w świecie, działania, myślenia o sobie.
Ruch otwiera w nas różne przestrzenie. Doświadczyłam tego podczas warsztatów teatralnych oraz regularnych treningów, gdy współpracowałam z Teatrem Remus. Były to dla mnie często ważne i głębokie doświadczenia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam o czym one są, jaką chcą mi przekazać wiadomość. I tak moje kroki skierowały się w stronę psychoterapii tańcem i ruchem, która pozwala mi zrozumieć to, co pojawia się w ruchu, odnieść do swojego życia i zintegrować i uszanować swoje granice.